Dese…randka

To na pewno nie będzie związek na cały blog, jedynie chwilowa randka kulinarna pod wpływem okoliczności przyrody ;). I żebyśmy mieli jasność. Gotuję, głównie wodę na herbatę, ziemniaki… takie tam, ale aspiracji na Master Chefa nie mam. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi rola konsumenta. Z drugiej strony czasem trzeba gości nakarmić i wtedy stawiam na „oczy by jadły”. Jak do tej pory testy na ludziach przebiegały pozytywnie, a to chyba najlepszy powód, by pokazać Wam prosty deser, który wygląda i jest jadalny :).



Sernik na zimno z różą

Na 7 szklanek o pojemności 200ml wykorzystałam:

  • 4 serki homogenizowane
  • 3 galaretki w różnych kolorach

Do dekoracji, truskawki i liście mięty.



Pewnie dla większości z Was to standard, ale mnie zaskoczyło, że tych galaretek nie trzeba gotować. Fajnie, pójdzie jeszcze łatwiej :).

Do kubka wlałam wrzątek, o połowę mniej niż na instrukcji obsługi producenta. Dosypałam jagodową galaretkę i mieszałam, aż do idealnego rozpuszczenia się proszku.



Po przestygnięciu galaretki, wymieszałam ją z 1,5 serka homogenizowanego. Ważne, aby nie pozostały grudki serka. Możecie użyć miksera lub dokładnie roztrzepać widelcem.



Tak wymieszaną galaretkę z serkiem wlałam do szklanek i tu pole do popisu :). Gdyby nie fakt, że wszystkie słoiki wykorzystałam na lemoniadę,  o czym tutaj, to właśnie w nich przygotowałabym deser. Pozostały mi zdekompletowane szklanki oraz te, po wypalonych świecach.

Wracając do „gotowania”, po zastygnięciu pierwszej warstwy, czyli wtedy, gdy po przechyleniu szklanki serek się nie rusza ;), analogicznie rozmieszałam galaretkę nr 2, zalałam, do lodówki…




Podczas gdy druga warstwa zastygała w lodówce, wzięłam się w końcu za prace artystyczne :). Schłodzone truskawki, nacinałam nożem pod kątem, od dołu.

Obracając truskawką, robiłam kolejne płatki. Budowlaniec powiedziałby „na mijankę”, jednak skoro już występuję dziś w roli kucharki – na przemian, aż po szczyt :).




W miarę zadowolona z róż, podniosłam poprzeczkę i dodałam banany pod ostatnia warstwę :). Już słyszę te brawa ;). Nie ma się co śmiać, bo utrzymanie owoców na poziomie drugim zajęło chwilkę. Oczywiście ostudzoną galaretkę nr 3, wymieszałam, tym razem z jednym serkiem ( brakło mi serków ) i zalałam, ale tylko do połowy, żeby „złapać” banany.

Po zastygnięciu, dodałam resztę serka z galaretką i ponownie lodówka.



Na koniec listki mięty, różyczki i można podawać :). Gdyby nie czas na zastyganie, przygotowanie deseru zajęłoby 15 minut.

Nadal uparcie pozostanę przy instrukcjach „zrób to sam”, bo nie mnie podawać przepisy, ale skoro mam sprawdzony, dziecinnie prosty i zawsze cieszy się powodzeniem, to wyjątkowo zaryzykuję…

Smacznego !!!